Za rok o tej porze zakończony już będzie w naszym kraju Narodowy Spis Powszechny. Idea ponoć stara jak świat, praktykowana
jeszcze w starożytnym Rzymie. Do dzisiejszego świata, przynajmniej moim zdaniem, nie pasuje kompletnie.
Głównym założeniem spisu jest dostarczenie Miłościwie Nam Rządzącym informacji potrzebnych do prawidłowego i jak najlepszego funkcjonowania państwa (szczegóły na oficjalnej stronie). Do wzięcia udziału w spisie namawiać będą lokalnej sławy gwiazdy (w US and A robił to Endrju Gołota), media publiczne będą miały obowiązek poświęcenia odpowiedniej ilości czasu antenowego na spoty proapgujące wpis. Pytanie jednak jest takie - dlaczego propaguje i namawia się do wzięcia udziału w czymś, co z założenia jest obowiązkowe? I tutaj zaczynają się schody, które bardzo mi się nie podobają.
Nie jestem jakimś anarchistą ani zwolennikiem NWO, moim mottem nie jest Fuck The System, nic z tych rzeczy. Jestem wolnym obywatelem, który żyje w wolnej (?) Polsce. Dlaczego więc zmusza się mnie do wzięcia udziału w szczegółowej ankiecie dotyczącej mojego życia? Ankiecie, co bardziej bulwersujące, nieanonimowej!
Niektórzy dziwią się mojemu podejściu do spisu. "Przecież to jest stosowane od lat w wielu krajach, dlaczego tak się oburzasz?" - pytają. Otóż jestem typem człowieka, który nie lubi udzielać na swój temat szczegółowych informacji jeśli nie musi. Nie lubię jak nasz Wielki Brat wchodzi z butami w moje życie. Oczywiście, nie zaprzeczę, że robi to w wielu innych dziedzinach, ale nie podoba mi się stawianie mnie w roli przesłuchiwanego, który ma obowiązek odpowiadać na pytania rachmistrza (posiadającego w chwili wykonywania swoich czynności statusu funkcjonariusza publicznego!). I to, co najważniejsze, odpowiadać zgodnie z prawdą bowiem jak mówi ustawa:
Art. 23. Kto:
1) wbrew obowiązkowi określonemu w art. 8 ust. 3 nie przekazuje posiadanych danych objętych spisem,
2) wbrew obowiązkowi określonemu w art. 9 ust. 1 odmawia udzielenia ścisłych, wyczerpujących i zgodnych z prawdą odpowiedzi na pytania dotyczące danych określonych w ustawie i załączniku do rozporządzenia nr 763/2008
- podlega karze grzywny.
Czyli muszę odpowiedzieć na pytania gdzie pracuję, ile zarabiam, jakie mam mieszkanie itp. Nie muszę jedynie dzielić się informacją o pozostawaniu w związku nieformalnym (czyli małżeństwo muszę zgłosić), wyznaniu i liczby dzieci posiadanych oraz planowanych (art.6 pkt.3 ustawy o NSP). Dziękuję za okazaną mi łaskę.
Nie zrozumcie mnie źle. Jestem w stanie zaakceptować ideę spisu powszechnego (chociaż czy poprzedni do czegoś się przydał?), ale nigdy nie zaakceptuję tego, iż do odpowiedzi będą przypisane moje szczegółowe dane osobowe. Nie przekonuje mnie też argumentacja zawarta na oficjalnej stronie spisu. Wybaczcie prawi i troszczący się o nas posłowie - te wszystkie cele, które wymieniacie są do osiągnięcia również poprzez przeprowadzenie anonimowego spisu. Do czego więc tak naprawdę potrzebne wam są informacje o waszych podwładnych?
Głównym założeniem spisu jest dostarczenie Miłościwie Nam Rządzącym informacji potrzebnych do prawidłowego i jak najlepszego funkcjonowania państwa (szczegóły na oficjalnej stronie). Do wzięcia udziału w spisie namawiać będą lokalnej sławy gwiazdy (w US and A robił to Endrju Gołota), media publiczne będą miały obowiązek poświęcenia odpowiedniej ilości czasu antenowego na spoty proapgujące wpis. Pytanie jednak jest takie - dlaczego propaguje i namawia się do wzięcia udziału w czymś, co z założenia jest obowiązkowe? I tutaj zaczynają się schody, które bardzo mi się nie podobają.
Nie jestem jakimś anarchistą ani zwolennikiem NWO, moim mottem nie jest Fuck The System, nic z tych rzeczy. Jestem wolnym obywatelem, który żyje w wolnej (?) Polsce. Dlaczego więc zmusza się mnie do wzięcia udziału w szczegółowej ankiecie dotyczącej mojego życia? Ankiecie, co bardziej bulwersujące, nieanonimowej!
Niektórzy dziwią się mojemu podejściu do spisu. "Przecież to jest stosowane od lat w wielu krajach, dlaczego tak się oburzasz?" - pytają. Otóż jestem typem człowieka, który nie lubi udzielać na swój temat szczegółowych informacji jeśli nie musi. Nie lubię jak nasz Wielki Brat wchodzi z butami w moje życie. Oczywiście, nie zaprzeczę, że robi to w wielu innych dziedzinach, ale nie podoba mi się stawianie mnie w roli przesłuchiwanego, który ma obowiązek odpowiadać na pytania rachmistrza (posiadającego w chwili wykonywania swoich czynności statusu funkcjonariusza publicznego!). I to, co najważniejsze, odpowiadać zgodnie z prawdą bowiem jak mówi ustawa:
Art. 23. Kto:
1) wbrew obowiązkowi określonemu w art. 8 ust. 3 nie przekazuje posiadanych danych objętych spisem,
2) wbrew obowiązkowi określonemu w art. 9 ust. 1 odmawia udzielenia ścisłych, wyczerpujących i zgodnych z prawdą odpowiedzi na pytania dotyczące danych określonych w ustawie i załączniku do rozporządzenia nr 763/2008
- podlega karze grzywny.
Czyli muszę odpowiedzieć na pytania gdzie pracuję, ile zarabiam, jakie mam mieszkanie itp. Nie muszę jedynie dzielić się informacją o pozostawaniu w związku nieformalnym (czyli małżeństwo muszę zgłosić), wyznaniu i liczby dzieci posiadanych oraz planowanych (art.6 pkt.3 ustawy o NSP). Dziękuję za okazaną mi łaskę.
Nie zrozumcie mnie źle. Jestem w stanie zaakceptować ideę spisu powszechnego (chociaż czy poprzedni do czegoś się przydał?), ale nigdy nie zaakceptuję tego, iż do odpowiedzi będą przypisane moje szczegółowe dane osobowe. Nie przekonuje mnie też argumentacja zawarta na oficjalnej stronie spisu. Wybaczcie prawi i troszczący się o nas posłowie - te wszystkie cele, które wymieniacie są do osiągnięcia również poprzez przeprowadzenie anonimowego spisu. Do czego więc tak naprawdę potrzebne wam są informacje o waszych podwładnych?







